piątek, 19 lipca 2019

Takie spotkania!

W pewnym momencie, choć raczej należałoby powiedzieć, że w pewnym wieku, twoi studenci mają mniej więcej tyle lat, ile twoje dzieci.
Potem przychodzą już tylko młodsi.
Oglądasz się czasem za siebie i widzisz, że przerabiałeś już różne systemy. Najpierw byli studenci po systemie szkolnym 8+4, potem edukację podzielono na 6+3+3, niebawem, to na pocieszenie, znów będzie 8+4...
Więc tylko myślisz, że w sumie i tak jest nieźle, że przy całym tym majstrowaniu przy oświacie nie jesteśmy jeszcze całkowicie narodem idiotów. Majstrowaniu? Dziś przyszła wiadomość, że zmarł Adam Słodowy, który z pudełka od zapałek mógł zmajstrować mniej więcej... no wszystko!
Kończy się pewna epoka.
Zataczasz koło.
Ale to nie pierwsze twoje okrążenie.
I masz nadzieję, że nie ostatnie.
A tak modna ostatnio aplikacja FaceApp nie jest ci już potrzebna.
Potrzebne są tylko spotkania, dzięki którym upewniasz się, że - niezależnie od partaczy kolejno babrzących się w systemie edukacyjnym - twoje praca na uczelni ma sens.
Na szczęście są takie spotkania, jak te w ostatnim miesiącu. I jest super!

(z Kamilem Bałukiem)

(z Anią Biaśkiewicz)

(z Dorotą Pawlicką)





czwartek, 18 lipca 2019

Stresy wychodzą jak piegi na słońcu




Skończyło się wczesne wstawanie.
Zaczęło odsypianie.
Przynajmniej na razie.
Po raz pierwszy dostał mu się pokój od strony tarasu. Jest więc ciszej niż w numerze 1 czy 2 od ulicy.
Rano odsypia, wstając dopiero około ósmej. To dla niego "dopiero", bo zazwyczaj budzi się i jest gotów do akcji przed szóstą, na pewno o tej porze roku, kiedy dni są najdłuższe i dość wcześnie robi się jasno. Tutaj jednak zasłony są ciężkie i podgumowane, więc nie przepuszczają światła.
Ostatnie tygodnie odsypia też czasem drzemką popołudniową.
Stresy wychodzą jak piegi na słońcu.



Pierwsze dni w ogóle nie są typowe. Trzeba się odnaleźć w przestrzeni domu, kuchnio-jadalni, zrobić zakupy, a to w Albercie, a to w Dirku; jest też Lidlik i Aldik. Każdy sklep ma coś innego, bo z Alberta na przykład smarowna melasa z jabłek appelstroop, a różne świeże owoce mogą być z Lidla, ser z Alberta, ale warzywa i wina z Dirka, jeśli w promocji, a owoce morza, szczególnie szare krewetki z Morza Północnego, to z Aldika, bo tańsze itp. itd. Kombinacji artykułów ze sklepami jest sporo, ale i tak robi się to głównie z tego powodu, by nie jeździć w jedno i to samo miejsce.


Trzeba się przejechać rowerem i poczuć częścią tej rowerowej masy krytycznej, która cały dzień przemieszcza się przez Amsterdam. Trzeba poczuć wiatr na twarzy i objechać kilka razy Park Vondla, patrząc na ludzi, drzewa, ścieżki, raz wąskie, to znów rozszerzające się w zacienione aleje. 


Trzeba odwiedzić ulubioną księgarnię Atheneum na Spui i wyciągnąć z portfela, w którym przechowuje banknoty euro, roczną kartę do muzeów. Pozostanie sprawdzić wydrukowany na niej termin przydatności do użycia, a w Internecie ciekawsze wystawy, czasowe ekspozycje, mniej znane lub zapoznane muzea. 


Najpierw się odsypia i zwalnia. 
Potem dopiero stopniowo wchodzi na wyższe obroty. 
Tomiki wierszy już na stole...



wtorek, 16 lipca 2019

"więc powstań" (Tsead Bruinja)

Tsead Bruinja - oficjalnie Dichter des Vaderlands, to po niderlandzku, a więc 'poeta ojczyzny' - obchodzi dziś urodziny. Mój prezent dla niego to tłumaczenie wiersza z jego ostatniego tomu poetyckiego.



Tsead Bruinja

więc powstań 


prawdę oddaliśmy w dzierżawę mądrość 
wypożyczyliśmy ludziom których niewiedza
przecież tylko trochę mniejsza jest od naszej

przez to powstają dziwne prawa

we francji nie można nazwać własnego prosiaka napoleon
w australii zakazano nadawać imiona zwierzętom
które mają być zjedzone

w chinach nie wolno ratować tonącego
jest to sprzeczne z losem

w chicago nie można jeść w miejscu gdzie jest pożar
w holandii zabrania się zamykania włamywacza w toalecie
a po rozwodzie twoja teściowa na zawsze 
pozostaje twoją teściową
nawet jak będziesz mieć ich kilka

w prawie kryje się wielkie piękno
a jeszcze większe w demokracji bezpośredniej
więc powstań ludu któremu obce jest zginanie karku
przebudź się i trzymaj się mocno

oprócz izb i westybulów zażądaj prawa głosu na własnym placu
wtedy przy buzującym budynku będziemy mogli wspólnie 
zjeść napoleona

i uratować nasze teściowe przed utonięciem
by je następnie zamknąć 
w toaletach z włamywaczami


tłum. Jerzy Koch

z tomu: Tsead BruinjaIk ga het donker maken in de bossen van (2019)






poniedziałek, 15 lipca 2019

No East. No West, czyli Internacionalni festival književnosti, Sarajevo

Sprawozdanie dostałem z sarajewskiego festiwalu.
Występowało tam m.in. dwóch holenderskich pisarzy.
I nie mam powodu nie wierzyć tonowi otrzymanej relacji.
Podobno jeden z gości był zwyczajnie nudny, a drugi irytująco nudny.
Pewna bośniacka poetka wyszła w trakcie wystąpienia tego drugiego, mówiąc, że szkoda czasu, szkoda życia na słuchanie takich wynurzeń.




Zapatrzenie we własny pępek, wiara, że ze swoimi tożsamościowymi problemami (halo!) jest się centrum świata, powtarzalność literackich chwytów i opowiadanie, że się poszukiwało krajów, gdzie jest wojna, aby tam pojechać nic nie mówiąc mamie... i mówienie takich rzeczy w Sarajewie, gdzie nawet w tkance miasta są wojenny blizny, jprdl... co trzeba mieć w głowie, by w tym miejscu znaleźć się... tak nie na miejscu?!
Cieszę się, że nie byłem świadkiem tego, bo bym chyba nie zdzierżył!

Potem w holenderskiej prasie czytam felieton o tej wyprawie.
I przecieram oczy ze zdumienia.
Sarajewo to nadal miejsce zamachu na austriackiego arcyksięcia.
Kropka.
Tylko.
Nie ma wykrzykników. Nie ma pytajników.
Ostatnia wojna wyparta ze świadomości.
I co z tego, że dziadkowie jednego z zaproszonych gości pochodzili ze Lwowa, a jego ojciec urodził się w Berlinie.

Wynika z tego tylko tyle, że pisarz holenderski nie zrozumiał motta sarajewskiego festiwalu:
Bookstan. No East. No West. 






środa, 3 lipca 2019

O popękanym kubku tłumacza, albo o jego losie

Tym razem nie będzie zdjęcia kolejnego kubka tłumacza (jak na FB #kubektłumacza). Może później. Tym razem coś innego, ale na temat. Otóż moim przyjaciołom ze Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury - kochanym drozdom i droździnom - dedykuję takie oto sprostowanie, na jakie natrafiłem w holenderskiej gazecie.




Dosłowne brzmienie notatki: "Uzupełnienia & poprawki. W recenzji 'Zostaje tylko melancholia' (Książki i Nauka, 29 czerwca, str. 7) brakuje nazwiska tłumacza powieści J.M. Coetzeego Stara kobieta i koty. Brzmi ono: Peter Bergsma."

Jak widać przeoczenia krytyki literackiej zdarzają się wszędzie. Nie tylko u nas zapomina się, że ktoś to przecież przetłumaczył. A Coetzee nie pisze po niderlandzku, choć zna ten język, a nawet z niego sam tłumaczył. Tak samo w Niderlandach powszechna jest - niestety - niewidzialność tłumacza. To, że nie jest to tylko przypadłość polskiego rynku książki, jest wątpliwą pociechą. W tym jednak przypadku jest to o tyle ważne, że Peter Bergsma to uznany tłumacz z języka angielskiego i wieloletni szef amsterdamskiego Domu Tłumacza; dopiero w ubiegłym roku przeszedł na emeryturę, a stanowisko po nim przejęła Marije de Bie. Ale jak widać z tego wpisu na blogu - nie jest to w przypadku Petera Bergsmy emerytura od tłumaczenia. Zresztą ma on na swoim koncie ponad 70 książek i wciąż dochodzą nowe.





Peter, którego znam od lat, tłumaczył wiele książek Coetzeego, mając przekonanie, że to wybitny pisarz, i mając przeczucie, że być może laureat... Spasował tylko przy Disgrace (Hańbie), którą wziął inny tłumaczowi, no ale traf czy może raczej pech chciał, że od tego tytułu zaczęła się międzynarodowa sława Coetzeego. To ciekawy i wcale nie tak rzadki przypadek. Także w Polsce popularność przyszłego noblisty z 2003 roku rosła dopiero od Hańby, a czytelnikowskie wydanie Czekając na barbarzyńców z 1990 roku leżało w tanich księgarniach.

Przekład Bergsmy De oude vrouw en de katten właśnie znalazł się w amsterdamskich księgarniach. To 13 utwór Coetzeego, który przełożył.






Wydawcą jest, tradycyjnie już w Holandii, zaprzyjaźniona z noblistą Eva Cossee. (O holenderskiej i polskiej recepcji Coetzeego, bo oba przypadki są znamienne, pisałem razem z Pawłem Zajasem w artykule "Mijają się, zbyt zajęci, by się pozdrowić choćby machnięciem ręki - John Maxwell Coetzee i jego zagraniczna recepcja na przykładzie Holandii i Polski" opublikowanym w książce Wenus Hotentocka i inne rozprawy o literaturze południowoafrykańskiej (Dialog, Warszawa 2008). Pierwotna, angielska wersja tego artykułu ukazała się pod nazwą "'They pass each other by, too busy even to wave': J.M. Coetze and his foreign reviewers" w książce A Universe of (His)Stories. Essayes on Coetzee (Peter Lang, Frankruft am Main 2006). W obu tekstach pokazaliśmy, jak specyficzny jest odbiór Coetzeego w obu językach i kulturach literackich.

A tak swoją drogą w Internecie jest nagranie z lektury oryginalnej książki The Old Woman and the Cats, czytanej przez samego autora.




W Internecie jest też nieco dłuższe nagranie, zawierające także wstęp organizatorów festiwalu w Indiach do wystąpienia Coetzeego.

Życzę miłego odsłuchiwania!


czwartek, 9 sierpnia 2018

Powrót, albo kontrabandy intelektualne

Droga z powrotem.
Zawsze ciężko.
Nie tylko, bo to rozstanie, ale dlatego, że... książki.
Czasem sam się zastanawiam po co?
A te, to do zajęć, a tamte do biblioteki, jeszcze inne dla siebie, coś do ciekawego tematu, który trzeba opracować w artykule...
Dawniej przyjeżdżałem samochodem. Nie było ograniczeń wagowych, objętościowych.
Teraz latam samolotami, więc jestem ograniczany, sam się ograniczam.
Jak mogę.
Muszę.

(www)

Słyszałem o jednym z profesorów południowoafrykańskich, który miał specjalny płaszcz z ponaszywanymi od środka kieszeniami, gdzie zawsze poutykał kilka kilogramów książek z Holandii. Kontrabanda intelektualistów. Z Europy do Afryki Południowej. Ja uprawiałem ją w drugą stronę. W RPA kilkakrotnie musiałem dokupywać walizeczkę na dodatkowy bagaż podręczny. W drodze do domu na check-in była prawie pusta. Potem z kartą pokładową szedłem do przyjaciół czekających na mnie ze sztaplami książek i pakowałem to wszystko w uprzednio opracowanej kolejności do walizeczki (ze względu na rozmiary i grubość książek musiałem zawczasu to opracować). Przejść potem obok obsługi z uśmiechem, krokiem lekkim i energicznym to była sztuka, ale się udawało. Na security check nie szukali książek.
Moje niewątpliwie naganne zachowanie usprawiedliwia to, że patrząc na niektórych podróżnych myślałem sobie, iż moja książkowa nadwaga nie przekracza ich cielesnej...

W tym roku zakupiłem w Rijksmuseum pokaźniejszą liczbę książek, pokaźną również wagowo, więc żaden system kontrabandy nie mógł zostać zastosowany. Kupiłem książki do wydziałowej biblioteki i kazałem je wysłać do Polski.


(fot. J. Koch)


Na lotnisko przyjechałem około ósmej. Z dużym wyprzedzeniem. I całe szczęście. Wprawdzie szczyt wakacyjnych wyjazdów Holendrów podobno już minął, ale nadal było dużo ludzi. Także do stanowisk LOT-u. A konkretnie dwóch stanowisk. Godzina czekania. Długa kolejka. I niekoniecznie Polacy. Sporo obcokrajowców. Miałem czas w zapasie. Nie denerwowałem się. Nawet specjalnie nie nudziłem. Dzieci innych podróżnych i owszem.



(fot. J. Koch)


Samolot z Warszaw przyleciał do Amsterdamu opóźniony, więc wyleciał, kiedy wyleciał.
To zdaje się ostatnio LOT-owska norma.
W samolocie obsługa była jakoś mało sprawna. Stewardesom wyraźnie nie szło. Wolno sprzedawały kanapki i napoje. Potem ledwo zdążyły z rozdaniem bezpłatnej wody i kawy/herbaty. Jednej z nich udało się oblać mnie kawą. Na szczęście nie poparzyłem się, bo szybko odciągnąłem rękaw od ramienia... W rekompensacie dostałem z przeprosinami rogalik z serem, choć miałem przygotowane własne kanapki z lejdejskim serem (to ten z kminkiem), wiedząc, że narodowy przewoźnik ostatnio niebezpiecznie zbliża się do poziomu tanich linii lotniczych.
Przede mną siedziała trójka rozbrykanych chłopców lecących samodzielnie pod "opieką" personelu. Ale personel nie dawał rady z całą logistyką, więc z trójką przeszkadzających ośmio-, dziesięciolatków też nie.
Już na trasie do Wrocławia był na osłodę  nowy Embraer 195 z lepszymi siedzeniami, wygodniejszy i w ciągu 35 minut byliśmy na miejscu. Nowy... nie do końca, bo LOT wziął w leasing używane w Brazylii samoloty. Wisienką na torcie był brak mojego bagażu. Kwaśną wisienką.

P.S.
Po dwóch dniach walizka dotarła. Książki w niej niewyczytane...



niedziela, 5 sierpnia 2018

Leo Nederstigt - kawał czasu.

Poznałem go w 1988 roku.
O ile sobie dobrze przypominam.
To było wtedy, kiedy przyjechałem do Amsterdamu z Lowanium, gdzie byłem na stypendium.
W niedzielę poszedłem do pobliskiego kościoła - wielki neogotycki gmach, a w środku niezbyt liczne grono wiernych. Wszystko było dla mnie nowością, a przede wszystkim sposób odprawiania mszy, gliniane kielichy, skromne szaty kapłana, komunia udzielana "do ręki", piękne melodie pieśni z XVII wieku obok współczesnych, wydrukowane części mszy wraz z tekstami...

Ksiądz pod koniec mszy zaprosił nas wszystkich na kawę.
Tego nie było nawet w Lowanium... w każdym razie nie przy Minderbroedersstraat.
Akurat w chwili wahania - czy to na pewno aby kościół rzymskokatolicki? ;-) i czy powinienem zostać, przecież nikogo nie znałem - podszedł do mnie Leo i zaprosił na kawę, pytając co tu robię itd.
Dopiero później pomyślałem, że zobaczył nową twarz w swoim kościele i chciał poznać kto zacz.


(www)


Leo Nederstigt.
Jego skromny ornat przypominał raczej włosienicę niż wystawne szaty księży w polskich kościołach, te ornaty od złota kapiące, koronkami przysposobione, drogie utensylia na ołtarzach mające chwalić Pana...
Dziś myślę, że Leo był takim małym holenderskim Franciszkiem w czasach przedfranciszkowych.

Później, chyba w drugiej połowie lat 90., byliśmy całą rodziną w Amsterdamie.
Ja - w Domu Tłumacza, moja rodzina - u księdza Leo.
Chłopcy jedli u niego po surinamsku, chodzili ze swoją Mamą do pobliskiego parku Vondla, przechodzili przez park i już byli u mnie w Vertalershuis, gdzie pracowałem. Chodziliśmy też na plac Muzealny - wielkie zielone pole z muzeami van Gogha, Miejskim (Stedelijk Museum) i Rijksmuseum.




Któregoś roku, kiedy musiałem przyjechać do biblioteki Domu Południowoafrykańskiego, a nie miałem gdzie się zatrzymać, skorzystałem z jego gościnności. Mieszkał w domu parafialnym, w którym drzwi się nie zamykały: przychodzili różni ludzie, były jakieś spotkania, dyskusje. Niedaleko było do neogotyckiego kościoła, ale okazało się, że gmaszyska już nie ma. Za drogie w utrzymaniu, więc parafia sprzedała budynek, uzyskując z rozbiórki, i wyposażenia wnętrza pokaźną sumę. Za to w budynku nad jednym z grachtów utworzono mały kościołek. Z zewnątrz nie przypominał świątyni, choć można było rozpoznać, że to nie mieszkania czy inny świecki obiekt użyteczności publicznej. Świątynia była w przyziemiu, ale oczywiście wyższa niż zwykłe mieszkanie. Leo mnie tam zabrał. Chciał mi pokazać swój nowy kościół. Pochwalić się. Weszliśmy do pomieszczenia. Rozejrzałem się. Musiałem mieć nietęgą minę, bo jakby na to czekał i z wyraźną satysfakcją zapytał:
"No i? Nie wiadomo tutaj jak się modlić, co?!"

Faktycznie przestrzeń była zorientowana nie na przysłowiową "Bozię", ale jakoś do wewnątrz. Nawet trudno mi to określić. Wyraźne było nowoczesne tabernakulum z kolorowym szkłem, wysoko umieszczone okna, ale poza tym trzeba było się odnaleźć w tej przestrzeni bliższej kwadratowi niż prostokątowi. Pomieszczenie było obliczone na dobre kilkadziesiąt osób. Przestrzeń w jakiś szczególny sposób otwarta, zmuszała do rozpoznania samego siebie. To jest dom modlitwy, którą trzeba ułożyć samemu, pomyślałem.

W kolejnych latach podczas kolejnych przyjazdów, kiedy coraz trudniej było parkować w Amsterdamie, zaproponował, abym zostawiał samochód pod domem jego znajomych w Diemen.

Potem kontakt się poluźnił. Cześciej zacząłem latać do Afryki niż jeździeć do Holandii. Ale Leo zawsze przysyłał kartki na Boże Narodzenie. Można powiedzieć, że wyczekiwałem ich. Któregoś roku przyszedł list o jego chorobie.
Podczas kolejnego pobytu w Holandii odwiedziłem go.
Tak samo było w 2016 roku i w ubiegłym roku.
Mówił o swojej chorobie, ale uśmiech, ten charakterystyczny uśmiech, nie schodził mu z ust.
Z twarzy ksiądz Leo przypominał... pączka. Tym bardziej, im bardziej się śmiał. Albo jeszcze lepiej - św. Mikołaja!
Piliśmy kawę. Jedliśmy jabłecznik. Rozmawialiśmy. Nie mógł zrozumieć tego, co się wyrabia w polskim kościele.

W maju tego roku otrzymałem zawiadomienie o jego śmierci.
Zapewne z tej samej listy adresowej, z której dostawałem kartki bożonarodzeniowe, teraz jego przyjaciele i rodzina wysłali klepsydrę.
Pomyślałem tylko - kawał czasu.
I jeszcze - dobrze, że go odwiedziłem w ubiegłym roku w lipcu.
I że takie znajomości nigdy się nie kończą,