Znów zadziwia mnie różnica czasu między Holandią a Polską.
Słonecznego. Bo zegarowy ten sam.
Czy to 40 minut, a może więcej? Nie wiem.
Ale słońce zachodzi później niż w Polsce.
A teraz tym bardziej widać różnicę, bo lipcowe dni się dopełniają, a na dodatek Holandia rozświetlona słońcem, rozprażona nim.
![]() |
(fot. J. Koch) |
![]() |
(fot. J. Koch) |
Te obserwacje nieba i światła nagle łączą się niespodziewanie z tłumaczonym wierszem Miriam Van hee. Tutaj, w amsterdamskim Domu Tłumacza, ukrytym za Concertgebouw w zielonej wysadzanej akacjami ulicy, kończę tłumaczyć polski wybór jej poezji. Mam nadzieję, że będzie mógł się ukazać w przyszłym roku...
Zacząłem od jej najnowszej książki poetyckiej z 2018 roku i cofam się do starszych publikacji. Niekiedy właśnie w tej odwrotnej kolejności lepiej widać to, co zmienne, i to, co stałe w stylu. A poza tym jakoś trzeba sobie urozmaicać tłumaczenie i nawet w pracy nad utworami znanej mi poetki wytwarzać napięcie.
Teraz, kiedy miesiąc się już kończy, znalazłem się na początku wieku: Van hee opublikowała w 2002 roku tomik de bramenpluk - (rwanie jeżyn).
![]() |
(Frans Halsmuseum) |
![]() |
(Museum Voorlinden Wassenaar) |
Wiersze Van hee przypominają malarstwo tego Holendra. Są wrażeniowe, ale nie wykluczają anegdotyki, oszczędne w słowach, ale w jakimś sensie bogate. Przedmioty pojawiają się u niej niczym barwne plamy dążące do abstrakcji, a wydarzenia to ledwie zarysowane sytuacje, gdzie człowiek pojawia się niby mimochodem.
W rwaniu jeżyn natknąłem się na wiersz pasujący do tych moich spostrzeżeń o czasie i świetle. W ogóle w tym tomie dużo jest światła, począwszy od jasnej okładki. A czas i formy jego upływania to już stały motyw, by nie powiedzieć znak firmowy Van hee. Posiada ona dar wizualizowania światła, które staje się u niej "zwizualizowanym czasem", jak pisał krytyk Jean-Pierre Rondas.
Wiersz, o którym piszę, ma tytuł urodziny i jak zwykle u Miriam Van hee jest impresyjny i refleksyjny zarazem. Van hee wychodzi od dość specyficznych spostrzeżeń, którym przydaje głębi. Coś z japońskich haiku jest w tych wierszach, ale można usłyszeć także echa europejskiej tradycji liryki przyrody.
Jeszcze będę wracać do tego przekładu, ale można go już upublicznić.
urodziny
dzieci leżą razem
w dużym łóżku i śpią
telewizor gra jeszcze
i oświetla pokój
jak księżyc ziemię
także nasze rany śpią
czasem światło na moment pada na nie
i na domy, w których
dawniej mieszkaliśmy
l’heure bleue, powiedział ktoś,
ale co miał na myśli z tą błękitną godziną,
widnieje, staje się dzień
to czas, który mija
na naszych oczach, coś błękitnego
co łączy nas przy oknie
czapla po drugiej stronie,
mróz i księżyc
© Miriam Van hee
© Jerzy Koch
Czym jest ta 'błękitna godzina', l'heure bleue? Nazwa trochę myląca - godzina, a to zaledwie kilkanaście minut po zachodzie słońca lub kilkanaście przed wschodem; rzadziej kilkadziesiąt. Półmrok, czas zawieszony między dniem a nocą, nocą a dniem, kiedy inaczej postrzegamy barwy. Ulotne piękno w czystej postaci.
![]() |
(fot. J. Koch) |