Kilka dni temu tu w Amsterdamie dostałem korektę moich tekstów, które niebawem mają się ukazać w miesięczniku "Twórczość". Chodzi o nowy przekład poematu Awater Martinusa Nijhoffa. To nowy - zaznaczam - przekład, bo ten utwór już raz się ukazał: przed dziesięciu laty przetłumaczyłem go w ramach holenderskiego projektu organizowanego przez utrechcki Literatuurhuis. To było w 2015 roku, a więc już ponad dziesięć lat temu. Tłumaczenie znalazło się w 2021 roku w książkowej publikacji, zawierającej ponad dwadzieścia tłumaczeń poematu na różne języki.
Zaletą takiego wydania jest rzecz jasna zebranie i dokumentacja już istniejących lub dopiero co zamówionych i powstałych przekładów oraz możliwość porównania dla osób znających inne języki. Mój przekład powstał na zamówienie Literatuurhuis. I cieszę się, że właśnie do mnie zwrócono się z tą prośbą, bo mogłem się zmierzyć ze słynnym poematem z 1934 roku. Ale w Polsce książka nie jest dostępna, bo nie tylko nie jest znana, ale czy ktoś zamówi publikację, w której oprócz polskiej wersji Awatera są jeszcze: arabska, katalońska, chińska, czeska, angielska, fińska, francuska, niemiecka, grecka, węgierska, włoska, japońska, norweska, portugalska, rosyjska, słowacka, hiszpańska, berberski, szwedzka, torebka i ukraińska?
A oto Martinus Nijhoff (1894-1953). Lubię to zdjęcie, bo przedstawia poetę po domowemu, w rodzaju szlafroku czy odmianie bonżurki, ale jednak jakoś upozowanego, upozowanego, ale w szlafroku; lubię je tak jak lubię zdjęcia Thomasa Manna w stroju kąpielowym lub szlafroku na kurońskiej plaży w Nidzie z papierosem w ustach...
Wtedy w 2015 roku byłem kilka dni w Utrechcie i w ramach projektu wygłosiłem wykład dla słuchaczy intensywnego kursu Przekładu Literackiego. Tekst tego wystąpienia pt. Weet ik veel!? Twaalf wenken uit de vertaalpraktijk ('Czy ja wiem? Dwanaście sugestii z praktyki tłumacza') ukazał się potem drukiem w czasopiśmie "Filter" [22:2]). A w kwietniu 2015 roku pochodziłem sobie po Utrechcie śladami Nijhoffa, a właściwie Awatera, spotkałem innych tłumaczy...
Ale po kilku latach, a w ostatnim czasie coraz dotkliwiej, zaczęło mi przeszkadzać to, że mój przekład nie jest czytany w Polsce. I dlatego wiosną 2026 roku zaproponowałem druk poematu redakcji "Twórczości". Propozycję od razu przyjęto, bo właśnie zestawiano materiały do podwójnego modernistycznego numeru miesięcznika, którego publikację planowano na lato. No i zaczęło się dłubanie, poprawianie, porównywanie z oryginałem. Mam nadzieję, że prace te wyszły nowszej wersji przekładu na dobre. Dziś poemat zaczyna się tak:
Uobecnij się, o duchu najpierwszy,
z uniesienia nad wodami początku.
Oko swe dobre ku pracy tej obróć,
gdyż jak ten świat jałowa jest i próżna.
Ona nie chce, jak w minionym stuleciu,
zgliszczy opiewać i piękna pogody,
bo śpiewy takie to ropnia namiętność,
a ruiną nic przenigdy nie było.
Zaledwie kamień pierwszy położono.
Przeciąwszy ciszę, słowo ją odradza.
Co się wydarzy, pierwszy raz się stanie.
Pochwalon! Noe stawia, lecz nie arkę,
A Jonasz głosi, chociaż nie w Niniwie.
Napisałem też obszerny artykuł towarzyszący publikacje wiersza. Traktuje o Nijhoffie i o samym Awaterze, a także o życiu literackim w latach trzydziestych XX wieku w Holandii: O formach, facetach i filarach. "Awater" Martinusa Njihoffa albo modernizm z literaturze niderlandzkiej.
Przytoczę z tych dwudziestu stron eseju tylko jedną anegdotę, odsyłając czytelnika do całości tekstu w miesięczniku "Twórczość" (nr 7-8 / 2026). Anegdota ma związek z amsterdamskim Hotelem Americain, który właśnie odwiedziłem. Hotel powstał pod koniec XX stulecia i został ówcześnie zaplanowany w iście amerykańskim stylu, choć przymiotnik w nazwie podano po francusku, a to już typowo holenderskie, przynajmniej dla Holandii w okresie interbellum.
Ale zanim przytoczę anegdotę z życia literatów w latach trzydziestych, najpierw kilka zdjęć z tego przybytku art deco na placu lejdejskim w Amsterdamie.
Zapamiętajcie, proszę to pierwsze zdjęcie: wejście do kawiarni i restauracji, gdyż w anegdocie, którą podam na końcu, ma kluczowe znaczenie.
Na ścianach są zdjęcia różnych osób, które tutaj bywały, gdyż powstały na przełomie wieku XIX i XX hotel, a szczególnie restauracja, to były faktycznie miejsca, gdzie schodzili się pisarze, aktorzy, artyści różnej maści, ale także bogaci mieszczanie.
No to teraz czas na anegdotę.
Miejscem zdarzenia był właśnie amsterdamski Hotel American przy placu lejdejskim, a czasem akcji 15 grudnia 1931 roku, godzina druga w nocy. Wydawca Sander Stols miał w towarzystwie szepnąć na ucho Nijhoffowi, że pisarz i krytyk Edgar du Perron go nie znosi. Zapewne chodziło o podejrzenia du Perrona, że Nijhoff udaje ważniaka i jest mistyfikatorem. Jak mówią świadkowie zdarzenia, nieco podchmielony Nijhoff wezwał kolegę po piórze, by rozstrzygnąć sprawę po męsku, tzn. na pięści. W korespondencji du Perrona zachowała się spisana na gorąco jego relacja z wydarzenia:
„W westybulu Américain powiedziałem mu [Nijhoffowi] wtedy, co mam mu za złe, lecz gdy tylkodoszedłem do stwierdzenia, że właściwie należy do starych zgredów, znów zaczął mówić o wyjściu na dwór i 'rozprawieniu się na pięści'. Wyszedłem więc (...) za nim na zewnątrz i w najbardziej dziecinny sposób, tam na chodniku przed Américain, wymierzyliśmy sobie nawzajem dwa czy trzy ciosy pięścią. (...) chyba drapie, kiedy się bije; w każdym razie zauważyłem, że krwawię z górnej wargi, gdzie zadrapał mi kawałek skóry. Wyglądało to jednak dość efektownie, bo przynajmniej została zakrwawiona chusteczka, która w kronikach ‘kręgu’ rozrośnie się zapewne do co najmniej dwóch krwotoków z nosa.”
Chłopcy się pobili. Tylko i aż tyle. Po resztę sięgnijcie do miesięcznika "Twórczość" (nr 7-8 / 2026).















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz